Opozycja mówi o wielkiej aferze, a PiS wciąż nie ma nawet jednej, wspólnej wersji, czy kampania za miliony jest na zlecenie rządu, czy nie. Mowa o akcji informacyjnej "Sprawiedliwe sądy", która ma uzasadniać reformę sądownictwa i jest finansowana przez Polską Fundację Narodową. Wicepremier Piotr Gliński w czwartek w Sejmie zapewniał, że to nie kampania rządowa, w piątek sam sobie zaprzeczył.
Członkowie rządu i politycy PiS nie chcieli w piątek powiedzieć, kto był inicjatorem kampanii billboardowej "Sprawiedliwe sądy".
Zdaniem marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki musiał się przejęzyczyć, kiedy powiedział, że to kampania rządowa. Zdaniem premier Beaty Szydło wszystko wytłumaczył wicepremier profesor Piotr Gliński.
Różne wersje
Problem w tym, że w czwartek i w piątek Gliński mówił w Sejmie co innego. - Nie jest to kampania rządowa, partyjna - mówił w czwartek. W piątek stwierdził: - Ta kampania jest realizowana na prośbę polskiego rządu.
Politycy PiS nie mogą przyznać, że to kampania partyjna, bo partia nie może być finansowana przez żadne firmy, więc kampania za pieniądze spółek Skarbu Państwa byłaby nielegalna. - Ma charakter akcji politycznej, a nie informacyjnej - ocenia adwokat Krzysztof Budnik.
Dlatego jedni politycy mówią, że nie mają z tym nic wspólnego, inni, że to kampania rządu, a nie partii, ponieważ Państwowa Komisja Wyborcza już powiedziała, że rządowymi kampaniami się nie zajmuje. Tą jednak zajmie się już w poniedziałek. Prezydent sprawy nie komentuje.
"To jest szwindel"
Opozycja pyta, czy Polska Fundacja Narodowa, która miała promować Polskę za granicą, może prowadzić kampanię negatywną wobec sądów - i to w kraju, czy to zgodne z jej statutem i czy na jej czele powinni stać działacze PiS.
- Ten system służy wyprowadzaniu środków publicznych. To jest pralnia, to jest szwindel - komentuje Krzysztof Brejza (PO).
Środowisko sędziowskie wyłapuje kolejne - jak to określa - "manipulacje", "półprawdy" czy "kłamstwa" na stronie internetowej kampanii "Sprawiedliwe sądy". Sędziowie protestują także przeciwko klipowi, w którym sugeruje się, że obywatele za kradzież wafelka mogą pójść do więzienia, a "sędzia pokaże legitymację i puszczają go wolno". - Jest dokładnie odwrotnie - odpowiada Rafał Lisak z Sądu Okręgowego w Krakowie. - Obywatel za kradzież wafelka dostaje mandat, a sędzia ma zrujnowaną całą karierę i płaci wielotysięczne koszty.
Autor: Maciej Knapik / Źródło: Fakty TVN