Już ponad trzy tysiące osób zmarło w Mjanmie - dawnej Birmie - po katastrofalnym trzęsieniu ziemi. Takie informacje przekazują lokalne władze, jednak przewidywania ekspertów mówią, że kataklizm mógł pochłonąć nawet dziesiątki tysięcy ofiar. Trwają akcje ratunkowe i poszukiwawcze i wciąż udaje się spod gruzów wyciągnąć żywe osoby. Rządząca krajem wojskowa junta w końcu uległa naciskom i zapowiedziała, że wstrzyma walki z siłami prodemokratycznymi, żeby nie utrudniać niesienia pomocy.
Przytulona do zwłok swoich kolegów i koleżanek przez sześć dni była całkowicie zasypana w gruzach klasztoru, ale udało jej się przetrwać. Pan Ei ma 13 lat, wraz z innymi dziećmi przyjechała tutaj, żeby uczestniczyć w szkole letniej.
- 35 dzieci brało udział w wakacyjnej szkole buddyzmu w naszym klasztorze. 13 z nich zginęło. Staramy się teraz pomóc w organizacji ich pogrzebów - mówi Ah Seinna, mnich z Mandalay.
Służbom wciąż udaje się dokopać do żywych osób. Do jednego z mężczyzn dotarli chińscy ratownicy. Zawaliło się na niego kilka pięter hotelu, mimo to, jego stan określany jest jako stabilny.
Najbardziej ucierpiało gęsto zaludnione miasto Mandalay
- Szanse na odnalezienie żywych spadają do zera. Minęło już kilka dni od momentu trzęsienia ziemi, a panuje tu ekstremalny upał. Uwięzieni nie są w stanie przetrwać w takich warunków. W tym miejscu udało nam się wydobyć tylko zwłoki - wskazuje Kavita Sing, ratowniczka z Indii.
A w dodatku brakuje specjalistycznego sprzętu. Odkopanie jednej osoby zajmuje kilka godzin. W obawie przed chorobami zwłoki są palone lub składane do zbiorowych grobów. W Mjanmnie najbardziej ucierpiało gęsto zaludnione miasto Mandalay.
- Większość ludzi zginęła tutaj, gdzie znajdowało się wejście do meczetu. Wszystkie ciała, które znaleźliśmy znajdowały się pod gruzami minaretu. Ciała dzieci głównie wyciągaliśmy z oczka wodnego, wskoczyły tam, żeby się ukryć - mówi Myo Lwin, mieszkaniec Mandalay.
Lokalne doniesienia sugerują, że ofiar może być zdecydowanie więcej niż oficjalnie podają władze. Zginąć mogły dziesiątki tysięcy osób.
"Krys w kryzysie"
- Schowałem się pod łóżkiem i to mnie uratowało. Inni mnisi w panice próbowali uciekać, ale zginęli pod spadającym cegłami - opowiada U Pan Na Won, mnich z Mandalay.
Akcja poszukiwawczo-ratunkowa trwa też w Tajlandii. I choć tutaj sytuacja jest zdecydowania lepsza, a bilans ofiar - nieporównywalnie mniejszy, bo zginęło przeszło 20 osób - to nadzieja na uratowanie kolejnych ocalałych gaśnie.
- Z dnia na dzień szanse maleją, ale właśnie otrzymaliśmy telefon z Mjanmy od tamtejszych służb, że zdołali wyciągnąć z gruzów żywą osobę. Skoro tam się udało, to tutaj też jest to możliwe - wskazuje Chadchart Sittipunt, burmistrz Bangkoku.
Do Mjamny napływa pomoc międzynarodowa - między innymi wysłana przez Komisję Europejską - bo warunki są tragiczne. Nie tylko dlatego, że to tam znajdowało się epicentrum trzęsienia ziemi. Kraj - jeszcze przed kataklizmem - był wyniszczony wieloletnimi konfliktami etnicznymi i religijnymi.
- Zaczyna się tu pora gorąca. Teraz, kiedy z wami rozmawiam, mamy tutaj 35 stopni Celsjusza, a brakuje wody pitnej i jedzenia. Dziesiątki ludzi przebywa w tymczasowych schroniskach. To jest kryzys w kryzysie - mówi Elena Vuolo z Biura Światowej Organizacji Zdrowia w Mjanmie.
Zawieszenie ognia
Od czterech latach Mjanmą rządzi wojskowa junta i w kraju toczy się w zasadzie wojna domowa, bo opór stawiają prodemokratyczne mniejszości etniczne. Świat apelował do rządzących generałów, żeby wstrzymali walki, ale junta nie ulegała naciskom. Dopiero kiedy rebelianci ogłosili zawieszenie ognia, żeby nie utrudniać niesienia pomocy potrzebującym. Władza zdecydowała się na 20-dniowe zawieszenie walk.
- Ogłasza się tymczasowe zawieszenie ognia, w celu okazania współczucia ofiarom trzęsienie ziemi oraz aby zapewnić efektywną operację ratunkową - przekazuje prezenter państwowej telewizji w Mjanmie.
Ale służby państwowe nie radzą sobie z sytuacją. Jeden z mężczyzn wraz z córką przejeżdżał przez most, który runął w trackie wstrząsów. Spadli do rzeki. Uratował się tylko on.
- Ciągle czuję jakby przy mnie była, choć wiem, że już nie żyje. Muszę szukać jej na własną rękę, bo tu służby nie prowadzą żadnych działań. Muszę zapłacić nurkom równowartość 50 dolarów, a jeśli znajdą ciało mojej córki to dopłacić kolejne 200 dolarów. Nie stać mnie na to, ale muszę to zrobić dla mojej córki - mówi Tin, mieszkaniec Mandalay.
Rosną obawy, że sytuacja humanitarna będzie się tylko pogarszać, bo nad Mjanmę nadciągają ulewy. Jeśli pod tymi gruzami są jeszcze żywi ludzie, będzie im grozić utopienie się, a powodzie mogą doprowadzić do wybuchu epidemii.
Źródło: Fakty po Południu TVN24
Źródło zdjęcia głównego: EPA/NYEIN CHAN NAING